Fenomen moich  kursów przygotowujących do odznak
nie polega na tym, że ktoś przyjeżdża i nagle staje się bohaterem.

Polega na tym, że wszystko zaczyna mieć sens.

 
W pewnym momencie człowiek, który jeździ konno, zaczyna czuć, że sama jazda to już za mało. Już nie wystarcza to, że „jakoś jadę”, że koń idzie do przodu, że coś tam się udało, coś tam wyszło. Pojawia się potrzeba czegoś więcej. Potrzeba uporządkowania. Potrzeba sprawdzenia siebie. Potrzeba wejścia na czworobok i mieć w sobie pewność, że wie się, co się robi – bez zgadywania, bez przypadku, bez napięcia, które rodzi się wtedy, gdy człowiek sam nie jest pewien, czy naprawdę potrafi.I właśnie wtedy zaczyna się myślenie o odznace.
 
Tylko że odznaka sama w sobie nie jest najważniejsza. To trzeba sobie powiedzieć uczciwie. Odznaka nie jest końcem świata i nie jest też żadnym magicznym papierem, który z kogoś zrobi jeźdźca. Ona ma pomóc osiągnąć pewien cel. Ma uporządkować drogę. Ma dać człowiekowi konkretny punkt, do którego idzie. A człowiekowi zawsze łatwiej jest iść, kiedy ma cel. Dlatego egzamin jest potrzebny. Ale nie po to, żeby kogoś złamać, nastraszyć, zawstydzić czy udowodnić mu, że się nie nadaje. Egzamin ma być etapem. Ma być czymś, co pomaga zebrać wiedzę, umiejętności i doświadczenie w całość.
 
Ja patrzę na ten proces z kilku perspektyw naraz i to jest istotne. Patrzę jako osoba, która od lat sędziuje konkursy i dobrze wie, na co sędziowie zwracają uwagę. Patrzę jako trener, który przygotował już bardzo wiele osób. Patrzę też jako coach i terapeuta, czyli ktoś, kto rozumie, że człowiek przyjeżdżający na kurs ma nie tylko ciało i technikę, ale też głowę, napięcie, emocje, oczekiwania, czasem lęk. I właśnie dlatego uważam, że fenomen kursu przygotowującego do odznaki polega przede wszystkim na dwóch rzeczach.
 
Po pierwsze, osoba, która przyjeżdża, ma się czuć dobrze. Nie ma przyjechać z takim stresem, że tu zaraz nie zda i wszystko się skończy. Nie. To w ogóle nie o to chodzi. Jeżeli człowiek od pierwszego momentu jest sparaliżowany, to niczego dobrego z tego nie będzie. Egzamin nie jest końcem świata. Egzamin ma pomóc osiągnąć pewną misję, pewien etap, pewne uporządkowanie. Po drugie, trzeba merytorycznie pokazać, jak ten egzamin zdać. Na co sędziowie zwracają uwagę. Co naprawdę jest oceniane. Co jest ważne, a co ludziom tylko wydaje się ważne. I tutaj nie ma miejsca na bajki, tylko na konkret. A ponieważ w naszym klubie przez lata przygotowywało się do odznak około 1600 osób, to naprawdę jest to proces, który jest nam znany. Nie z teorii. Z praktyki.
 
Od razu też trzeba powiedzieć bardzo jasno, czym taki kurs jest, a czym nie jest. To nie jest kurs od zera. To nie jest tak, że ktoś przyjedzie kompletnie nieprzygotowany, a my w cztery dni zrobimy z niego bohatera. Nie zrobimy. I uczciwie trzeba to powiedzieć. Zakładam, że człowiek, który zapisuje się na kurs, już się gdzieś wcześniej uczył, że jego poprzedni trenerzy go w jakiś sposób przygotowywali, że ma już pewne pojęcie o egzaminie, o jeździe, o pracy z koniem. Natomiast rolą takiego kursu jest skondensować wiedzę, usystematyzować ją, poukładać i tak poprowadzić człowieka, żeby w samym procesie zdawania nie błądził. Żeby wiedział, co robi. Żeby rozumiał, po co coś robi. Żeby nie odtwarzał, tylko jechał świadomie.
 
I pierwszy krok jest prosty, chociaż dla wielu osób najtrudniejszy. Trzeba się zapisać 😊
To jest dokładnie tak, jak z loterią: żeby wygrać, trzeba kupić los. Więc najpierw trzeba się zapisać na kurs i zapisać się na egzamin. Bez tego nic się nie wydarzy. Ale sam zapis to dopiero początek.
 
Kiedy człowiek przyjeżdża do nas na kurs, zaczynamy od rozmowy wprowadzającej. Długiej, spokojnej, konkretnej. Dla mnie bardzo ważne jest, żeby wiedzieć, kto jest na jakim etapie, kto ma jakie oczekiwania, z czym przyjechał, jakie ma trudności, jakie ma możliwości fizyczne, psychiczne, jakie ma doświadczenia. Trzeba się po prostu poznać. Trzeba wiedzieć, z kim się pracuje. Trzeba przedstawić cały plan i program, jak to będzie wyglądało, żeby nikt nie czuł się zagubiony. Komunikacja jest tu bardzo istotna. Ludzie, którzy przyjeżdżają, nie mogą mieć poczucia, że zostali wrzuceni w coś, czego nie rozumieją, że będą „coś robić”, ale sami nie wiedzą co i po co. U nas to musi być poukładane.
 
Po tej pierwszej rozmowie, która trwa około dwóch godzin, pokazujemy ośrodek, pokazujemy konie, zaczynają się pierwsze lekcje i wtedy sprawdzamy parę. To jest bardzo ważne!
 
Człowiek musi się dogadać z koniem. Musi mieć z tym koniem feeling. Oczywiście za pierwszym razem mogą być niedopowiedzenia. Jest nowe miejsce, nowy trener, nowy koń, nowa ujeżdżalnia, nowa sytuacja, dodatkowy stres. To wszystko bierzemy pod uwagę. Ale jeżeli widzimy, że jest duże nieporozumienie, to dobieramy inaczej, zamieniamy konie i działamy dalej. Mamy taką możliwość. Dla nas ważne jest, żeby podczas tego kursu dobrze czuł się i człowiek, i koń. Bo jeżeli jest szczęśliwy koń, to jest szczęśliwy człowiek. I to jest bardzo ważna zasada.
 
Pierwszy dzień jest dniem sprawdzania, przyzwyczajania się, poznawania siebie nawzajem. Sprawdzamy umiejętności techniczne i merytoryczne. Patrzymy, jak ktoś siada na koniu, jak wygląda jego pozycja ciała, jak jeździ w trzech chodach, jak reaguje w tempie, jak siedzi w pełnym dosiadzie, jak w półsiadzie, jak anglezuje, czy umie na dobrą nogę, jak powoduje koniem. Ale zanim jeszcze do tego dojdziemy, sprawdzamy też bardzo podstawowe rzeczy, które na egzaminie mają znaczenie i które są po prostu częścią prawdziwego jeździectwa.
 
Jak ktoś czyści konia.
Jak go ubiera.
Czy wie, do czego służą poszczególne elementy sprzętu.
Czy umie założyć ochraniacze, siodło, popręg.
Czy rozumie, jak ten sprzęt dopasować, żeby koń miał swobodę ruchu.
To nie są dodatki. To jest część egzaminu i część świadomości jeźdźca.
 
U nas pierwsze lekcje odbywają się w siodłach ujeżdżeniowych (oczywiście dopasowanych do każdego konia przez saddle fittera). I to też nie jest przypadek.
 
Odznaka ma część ujeżdżeniową, część praktyczną i część teoretyczną.
U nas ten porządek jest bardzo czytelny: najpierw ujeżdżenie, potem skoki, potem teoria.
 
Pierwsza lekcja jest tak naprawdę lekcją sprawdzającą. Sprawdzamy się nawzajem.
Druga lekcja wprowadzająca odbywa się już na czworoboku. I wtedy od razu widać bardzo wiele. Jak ktoś zna ruchy na czworoboku.
Jak wygląda jego przekątna.
Jak wygląda prawidłowe koło. Jak robi zmianę kierunku.
Jaki ma dosiad w poszczególnych  chodach.
Jak reaguje na konia, który ma swoją własną amplitudę ruchu, własną wrażliwość, własny temperament.
Bo każdy koń jest inny. Jeden bardziej energiczny, drugi mniej. Jeden bardziej czuły, drugi bardziej oszczędny. I tak samo różni są ludzie. Jedni reagują szybciej, inni wolniej. To wszystko musi się zgrać.
 
Ale u nas kurs nie polega na tym, że człowiek przyjeżdża tylko na same jazdy. To nie jest model „przyjadę, pojeżdżę sobie i koniec”. Nie.
 
Uczestniczy się w całym życiu stajni. I to ma ogromne znaczenie, bo jeśli ktoś naprawdę chce przygotować się do odznaki, to musi zrozumieć myślenie konia, jego potrzeby, jego rytm. Nie można przyjść, wsiąść, pojechać, zsiąść i udawać, że to jest pełne jeździectwo.
To tak nie działa.
Rano wyprowadza się konie. Bierze się udział w karmieniu. W czyszczeniu. W całym procesie opieki. Gotuje się zupę dla koni, podaje suplementy. Jeśli ktoś jest ciekawy, to tłumaczymy, po co dany koń dostaje takie suplementy, a nie inne, jak wygląda żywienie, jak wygląda opieka, także od strony fizjoterapeutycznej. Jeżeli dany koń ma masaż, można w tym uczestniczyć, patrzeć, pytać, rozumieć więcej.
 
Cały dzień jest zaplanowany. Od świtu do nocy. Nie tylko jazdy konne, ale też wachty poranne, obiadowe i wieczorne, czyli opieka, karmienie, wszystko to, co tworzy życie stajni.
 
Dbamy o sprzęt. Każdy musi zadbać o sprzęt tak, jak w hiszpańskiej szkole jazdy. Nie ma tak, że ktoś rzuca siodło byle gdzie i odchodzi. Sprzęt ma być wyczyszczony, odłożony, zadbany, bo to jest drogi sprzęt, który ma służyć latami. Nikt nikomu pod nos nie położy gotowego, wyczyszczonego siodełka, bo jeździec u nas nie jest królową Elżbietą.
 
Bierze udział w całym procesie. I to też jest element edukacji. Tłumaczymy, dlaczego siodło zakłada się tak, a nie inaczej. Dlaczego popręg musi być taki, a nie inny. Dlaczego coś działa dobrze, a coś szkodzi koniowi.
 
Jest też dyżur instruktorski, który bardzo lubię, bo on uczy przez „robienie”. W jego ramach człowiek uczy się rozstawiania czworoboku, ustawiania liter, mierzenia odległości, rozumienia przestrzeni. To trzeba znać. A najlepiej poznaje się to wtedy, kiedy samemu bierze się taśmę, mierzy, ustawia, liczy i widzi. Wtedy to zostaje w głowie. Tak samo ustawia się parkury, linie, odległości pomiędzy przeszkodami. Instruktor tłumaczy, dlaczego tak, a nie inaczej. Po kolei sprawdzamy i ustawiamy wszystko.
 
To jest część nauki. I to właśnie dlatego te kursy mają ograniczoną liczbę osób. Maksymalnie dwadzieścia. Więcej nie. Nie dlatego, że byłoby fajnie mieć mniej ludzi, tylko dlatego, że przy większej liczbie nie da się zrobić tego dobrze. A skoro kurs trwa tylko pięć dni, z czego realnie cztery dni to przygotowanie, to my jesteśmy w tym czasie naprawdę cali dla Was.
 
Bardzo ważne są wykłady wieczorne. Zresztą przygotowanie zaczyna się jeszcze przed przyjazdem. Wysyłam pytania, przepisy, materiały. Chcę, żeby człowiek miał szansę przeczytać wcześniej, zobaczyć, zastanowić się, przyjechać już z pewną świadomością. Bo jeżeli wrzuci się kogoś do wody bez przygotowania, to on skupia się tylko na tym, żeby złapać oddech i przeżyć.
A tutaj chodzi o coś więcej. Chodzi o to, żeby miał przestrzeń pytać, rozumieć i łączyć fakty.
 
Pierwszego dnia jest wykład z czworoboku. I wtedy, jako sędzia z prawie dwudziestoletnim doświadczeniem, opowiadam bardzo konkretnie, jak wygląda taki przejazd.
Od samego początku. Od momentu, kiedy wsiadasz na konia, wjeżdżasz, zatrzymujesz się w X, ruszasz.
 
Tłumaczę po kolei, jak wyjechać narożnik, jak jechać koło, jak wyliczyć to koło, żeby ono naprawdę było kołem. Bo to wcale nie jest takie proste, że człowiek sobie „robi kółko”. Nie. Ono ma mieć wszędzie ten sam promień! Dziesięć metrów to dziesięć metrów. Piętnaście metrów koło,  to siedem i pół metra promień, od środka. To nie może być kartofel. To nie może być meteoryt. To ma być koło. Od litery do litery. I to właśnie pokazuje poziom jeźdźca.
 
Bo przecież wielu ludzi umie jechać stępem, kłusem, galopem. Tylko trudność polega na tym, że na egzaminie wszystko trzeba połączyć. W odpowiednim punkcie zrobić przejście, zagalopowanie, zmianę chodu, wyjechać przekątną, narysować dobry wężyk, zrobić poprawny narożnik. I to wszystko ma mieć sens. Ludziom często wydaje się, że jadą dobrze, a tak naprawdę nie wyjeżdżają ani dobrego wężyka, ani dobrego narożnika. I właśnie na to zwraca uwagę egzaminator. Dlaczego? Bo jeżeli umiesz zrobić dobry rysunek, to znaczy, że umiesz powodować koniem. A jeśli umiesz powodować koniem, to znaczy, że umiesz jeździć na poziomie potrzebnym do tej odznaki.
 
Dlatego rysujemy wszystkie czworoboki. Nie ma znaczenia, jaką odznakę ktoś zdaje, rysuje wszystko, co trzeba znać na brąz i na srebro. Sprawdzam to, oceniam, mówię, co jest dobre, a co złe. Następnego dnia to już trzeba znać. Nie ma czasu na rozwlekanie. Już trzeba jechać, robić poprawki, składać program z elementów. Zamiast jeździć bez sensu stępem po placu, jedzie się ten stęp już w swoim programie ujeżdżeniowym. Wtedy szybciej poznaje się trasę, zaczyna się myśleć, kombinować, rozumieć, jak dany koń reaguje, czy szybciej skręca, czy wolniej, czy zwalnia, czy wygina się na łukach, gdzie pojawia się błąd i jak go poprawić. I to jest najlepszy sposób, żeby przygotować się do odznaki.
 
Jeżeli chodzi o skoki, to tutaj jestem bardzo konkretna. Najpierw musi być równowaga w galopie! W strzemionach i bez strzemion. Bez tego nie ma skoków. Skoki są elementem ekstremalnym. Koń się bujnie, nie domierzy, zrobi krótszy wyskok albo dłuższe foule przed przeszkodą i człowiek musi mieć równowagę, żeby po prostu nie spaść. Na tym etapie nauki nikt nie domierza perfekcyjnie. Nie oszukujmy się. To nie jest poziom regulowania foule z wielką precyzją. I dlatego właśnie tak ważna jest równowaga. Jeżeli ktoś nie ma równowagi i nie potrafi jeździć, to nie może skakać.
 
I trzeba to powiedzieć wprost. Bo zdanie brązowej czy srebrnej odznaki daje uprawnienie do skakania metrowych przeszkód. Więc jeżeli ktoś nie jest w stanie na pierwszej lekcji uczciwie przeskoczyć sześćdziesięciu centymetrów, to trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: jaka odznaka?
 
Dlatego najpierw skaczemy jedną przeszkodę. Pokazując, że jest równowaga, że jest stabilność, że człowiek umie galopować po obwodzie parkuru, umie najechać, umie skoczyć. Dopiero potem bierzemy dwie przeszkody, trzy, a na końcu jedziemy parkur. I pamiętajmy, że teraz na odznakach parkur jedzie się właściwie jak egzamin licencyjny. Bardzo ważny jest styl, dobra noga galopu, rytm, dobry odskok, półsiad, oddawanie ręki, „nie kiwanie” się na boki, ogólne wrażenie. Za wszystko można dostać punkty karne. I trzeba mieć ich jak najmniej. To samo dotyczy ujeżdżenia. Tu ma być jakość.
 
A czasu jest mało. Bardzo mało. Trzy lekcje ujeżdżeniowe po pierwszym dniu prób i dopasowań, trzy lekcje skokowe, a w sumie cztery dni intensywnej pracy. W środę pierwszy dzień. W czwartek pierwsze czworoboki i pierwsze podskoczki. W piątek już całe czworoboki i kilka przeszkód.
A w sobotę cały przejazd i egzamin próbny.
 
I to jest kluczowy moment. Siadam wtedy z programem i jak na zawodach ujeżdżeniowych wpisuję za każdy ruch ocenę i uwagi. Za każdy ruch. Potem spotykam się z grupą i omawiam każdemu jego przejazd. Każdy dostaje dokładną informację, gdzie zrobił błąd, co zrobił dobrze, co trzeba poprawić i jak to poprawić. I to daje nieprawdopodobny efekt.
 
To samo dzieje się w skokach. Instruktor mówi uczciwie: dobra noga, zła noga, dobry rytm, zła równowaga, stylowo dobrze albo jeszcze nie. Człowiek wie, czy jest w stanie zdać egzamin.
 
Do tego dochodzi teoria. I tutaj też trzeba być uczciwym. Nie da się nauczyć czterystu pytań w dwa dni. Nie ma szans. To trzeba przysiąść wcześniej. A my jesteśmy od tego, żeby wytłumaczyć to, czego człowiek nie rozumie. Robimy wykład z ujeżdżenia, wykład ze skoków, wykład z chorób, wykład z zasad, tłumaczymy zasady poruszania się na ujeżdżalni, kwestie hipologiczne, siadamy wieczorem z kursantami i rozmawiamy o pytaniach, robimy quizy, trudne egzaminy, wyjaśniamy to, co trudne. Bo jeżeli chcesz zdać egzamin, to musisz być przygotowany. Ale znowu: nie uczysz się tylko dla samego egzaminu. Uczysz się po to, żeby wiedzieć o koniach. Bo przecież jeździmy dlatego, że kochamy konie. I po to właśnie jest ten egzamin, że stawiamy sobie cele, a dzięki temu łatwiej nam się rozwijać.
 
Dzień przed egzaminem „glancujemy” konie. I to też jest ważne. Szykujemy wszystko po to, żeby rano nie było chaosu. Konie mają być wykąpane, czyste, pachnące, grzywki mają być uporządkowane. Nie robimy żadnych koreczków na siłę, jeśli ktoś nie umie ich zrobić dobrze, bo wtedy zamiast elegancji wychodzą zdziębnięte wrony na polu 😉 Ma być schludnie, czysto, elegancko. Przygotowane czapraczki, wyczyszczony sprzęt, wszystko gotowe. Rano tylko dooczyszczenie i można jechać na odznakę bez zamieszania.
 
Rano wstajemy, idziemy na wachtę poranną, sprawdzamy, czy konie są czyste, czy sprzęt gotowy, czy czapraki przygotowane. Wszystko musi być. Śniadanie, jeszcze rozmowa coachingowa i ruszamy.
 
I znowu bardzo ważna jest organizacja. Każdy wieczorem dostaje harmonogram. Wie, o której godzinie ma egzamin, o której ma wyjść na rozprężenie, o której ma start. Tak jak na zawodach ujeżdżeniowych. Nikt niczym nie jest zaskoczony.
I pamiętajmy, że rozprężenie konia to nie jest wyciśnięcie z niego ostatnich soków.
Ostatniego dnia niczego już się nie nauczysz. Masz pojechać egzamin bez stresu, nie zamęczyć konia, tylko z szacunkiem do tego zwierzęcia i do siebie. Trzeba być wyspanym, spokojnym, pogadać rano z koniem, ubrać go i wyjść na egzamin w dobrym nastroju.
 
Egzaminatorzy to są naprawdę normalni ludzie. I to też trzeba powiedzieć. Oni obiektywnie oceniają umiejętności. Nie przyjeżdżają po to, żeby kogoś „uwalić”. Nie znają tych ludzi, nie mają osobistych sympatii czy antypatii. Patrzą na to, co człowiek pokazuje na czworoboku i parkurze.
 
Jeżeli po próbie ujeżdżeniowej egzaminator zaprasza na skoki, to znaczy, że można iść dalej. Jeżeli nie zaprasza, egzamin się kończy. Jeżeli zaprasza, człowiek szybko wraca do stajni, zmienia siodło na skokowe, zakłada ochraniacze, pamięta o odpowiednim baciku (na skokach 75 cm), przygotowuje konia do skoków i dalej wszystko idzie zgodnie z harmonogramem. Potem wszyscy oglądają parkur, rozprężają się i skaczą.
 
Dopiero potem jest teoria. Konie są odprowadzone, sprzęt rozłożony, emocje trochę opadły i wtedy wchodzi się na salę, zwykle po kilka osób. U nas jest zwyczaj losowania pytań, żeby było sprawiedliwie. Każdy losuje od trzech do pięciu pytań i na nie odpowiada. Ale znowu: nie chodzi o wyuczenie się słowo w słowo. Chodzi o logiczną odpowiedź. O to, żeby było widać, że człowiek wie, o czym mówi. Ja zawsze tłumaczę, żeby opowiadać tak, jakby się opowiadało babci. Tak, żeby zrozumiała. Tak, jak wielki pasjonat opowiada o swoich koniach komuś, kto chce słuchać. Wtedy naprawdę widać, czy ktoś rozumie temat.
 
A na końcu jest chwila uroczysta. Wręczenie certyfikatów. My jako Klub dajemy jeszcze piękne flo, żeby została miła pamiątka. Jest w tym coś dostojnego, wzruszającego. Piękne zdjęcie na koniec. I wielka radość. Bo wtedy człowiek naprawdę czuje, że przeszedł przez cały proces. Nie tylko zdał egzamin, ale przeszedł drogę.
 
I właśnie na tym polega fenomen kursów przygotowujących do odznak w Klubie Jeździeckim Huzar. Nie na tym, że ktoś tu przyjeżdża i „odbębnia” program. Nie na tym, że uczy się przejazdu na pamięć. Nie na tym, że skacze kilka przeszkód i liczy, że jakoś to będzie.
Fenomen polega na tym, że człowiek dostaje wiedzę w pigułce, doświadczenie i praktykę, ale podane tak, żeby naprawdę zrozumieć. Żeby połączyć teorię z działaniem. Żeby poznać konia, czworobok, parkur, sprzęt, zasady, własne ciało i własną głowę. Żeby nie jechać przypadkiem, tylko świadomie. Żeby nie uczyć się tylko pod egzamin, ale dla konia i dla siebie.
 
Jeśli ktoś chce po prostu pojeździć, rzeczywiście znajdzie wiele miejsc. Ale jeśli chce wejść na egzamin i mieć poczucie, że jest naprawdę przygotowany, że rozumie, co robi, że wie, na co zwracają uwagę sędziowie, że zna konia, z którym jedzie, że nie jedzie na pamięć, tylko z sensem, wtedy to jest dokładnie ten rodzaj pracy, którego potrzebuje.
 
I tak właśnie wygląda to w KJ Huzar.

https://kjhuzar.pl/obozy-i-kolonie/kurs-do-odznak-pzj/

 

Ksenia Samsel

 

trener jeździectwa, fizjoterapeutka koni, sędzia jeździectwa Polskiego Związku Jeździeckiego i Working Equitation, coach oraz praktyk pracy z ciałem i ruchem. Od lat pracuje z jeźdźcami, końmi i dziećmi rozpoczynającymi swoją przygodę z jeździectwem.